Istnieje wiele form i narzędzi rozwoju wewnętrznego. Niektóre są bardziej praktyczne, inne mniej. Medytacja należy do tych, które niemal w całości opierają się na praktyce. Teorii jest w niej tylko tyle, ile trzeba. Poniżej znajdziesz najważniejsze wskazówki dla osoby, która zaczyna przygodę z tą głęboką formą pracy nad sobą.
Przez długi czas medytację praktykowali głównie mnisi, filozofowie i osoby duchowne różnych religii. Często kojarzymy ją z buddyzmem, ale praktyki kontemplacyjne rozwijały się w wielu tradycjach, także w chrześcijaństwie, na przykład wśród ojców pustyni. Z czasem w Europie medytacja pozostała głównie praktyką zakonników, a wśród osób świeckich utrwaliło się przekonanie, że to coś co najmniej ezoterycznego.
Od kilkudziesięciu lat na Zachodzie rośnie zainteresowanie Wschodem. Dzieje się tak głównie dlatego, że nauki buddyzmu, hinduizmu czy współczesna forma medytacji, czyli mindfulness, są bardzo praktyczne. Nie trzeba w nic wierzyć, żeby medytować. Co więcej, żeby robić to dobrze, warto zachować sceptyczny umysł, który niczego nie przyjmuje na wiarę, tylko sprawdza na sobie.
Czym więc jest medytacja? Podążając za myślą Alana Wattsa, brytyjskiego filozofa i popularyzatora myśli Wschodu, medytacja sprowadza się do prostego doświadczania chwili obecnej, nagiej rzeczywistości takiej, jaka jest w danym momencie. W praktyce nie jest to tak łatwe jak zrozumienie intelektualne. Na przeszkodzie doświadczaniu tu i teraz stoi nasz umysł, przyzwyczajony do ciągłego analizowania, rozmyślania, martwienia się i oceniania, słowem: do ciągłej aktywności. Buddyści zen nazywają taki umysł „małpim umysłem”, bo skacze z jednej myśli na drugą. Nie daje wytchnienia, nie szuka rozsądku ani logiki. Po prostu skacze. Taka jest jego natura.

Co złego w tym, że umysł jest tak aktywny? Z czasem, gdy zaczniesz odkrywać medytację na własną rękę, stanie się dla Ciebie oczywiste, że źródłem wielu ludzkich problemów jest właśnie myślenie.
Wyobraź sobie rozmowę dwóch osób, z których każda przez cały czas prowadzi podwójny dialog: z rozmówcą i z samą sobą. Zdarzyło Ci się kiedyś układać w głowie odpowiedź, zanim druga osoba skończyła mówić? W tym momencie niemal zupełnie przestajesz słuchać i czekasz tylko, aż rozmówca weźmie oddech, żeby wejść mu w słowo. Taka rozmowa niewiele ma wspólnego z rozmową. Obie osoby cały czas siedzą we własnych myślach i nie robią przestrzeni dla drugiej. Żeby naprawdę się porozumieć, trzeba najpierw wyciszyć własne myślenie. Dopiero wtedy mamy szansę usłyszeć, co ktoś chce nam powiedzieć. Można przeżyć z kimś 30 czy 50 lat w małżeństwie i mieć tylko poczucie, że się go zna. A tak naprawdę nigdy go nie usłyszeć, bo bardziej ufamy temu, co mówi nasz umysł.
Rozmowa to nie jedyne miejsce, w którym nadmiar myśli nie pozwala nam zobaczyć, co się naprawdę dzieje. Zdarzyło Ci się w pracy myśleć o tym, co będziesz robić po pracy, a po pracy myśleć o tym, co działo się w pracy? To stan, który lubię nazywać półsnem. Pozornie skupiamy się na tym, co robimy. A tak naprawdę żonglujemy myślami i emocjami (choć częściej to one żonglują nami). Wyjście z tego błędnego koła przynosi ogromną ulgę. Dlatego moment, w którym odkrywamy piękno kontaktu z nagą rzeczywistością, nazywamy przebudzeniem.
Przebudzenie to zobaczenie, że świat myśli to nie to samo co rzeczywistość. Wyobrażenie nie może być rzeczywistością, bo jest tylko symbolem, który ją przedstawia. Większość z nas traktuje te symbole znacznie poważniej niż rzeczywistość tu i teraz. Obudzić się ze snu znaczy nastroić umysł na chwilę obecną. W pewnym momencie zauważymy, że nie ma znaczenia, czy myśli się pojawiają, czy nie, bo widzimy tak jasno, że dostrzegamy każdy, nawet najmniejszy manewr umysłu i mamy do niego dystans. Wtedy w naszym życiu pojawia się znacznie więcej spokoju i przestrzeni.
Jeśli chcesz wypróbować medytację na sobie, zacznij od wpisu Jak medytować?. Możesz też posłuchać nagrań medytacji prowadzonej albo dołączyć do bezpłatnych niedzielnych medytacji online. Zapraszam też na Facebook Open Meditation.
Michał



